sobota, 3 stycznia 2015

Rozdział 4

- Nie tak cię wychowaliśmy! - krzyczy ojciec do telefonu.
- Tato stało się. Przepraszam jeśli cię zawiodłam, ale nic już nie zrobię..
- Byłaś nie odpowiedzialna. Tak, Zawiodłaś nas. Teraz radź sobie. Weź ten ciężar - odpowiada i rozłącza się.
-Tato?- nie mogę w to uwierzyć.
Opadam na łóżko z telefonem w ręce. Zostałam sama. Zupełnie sama. Rodzice nie chcą mnie znać. Brat nie wiele może. Jest daleko. W Nowym Yorku. Jessica mnie pocieszy, ale co to da? Znowu zaczynam płakać. Ostatnio często to robię choć nie powinnam się denerwować. Nie mogę.
Jest mi ciężko. Samopoczucie sięga dna. Nie mogę brać żadnych tabletek na uspokojenie. Jestem bezradna. Coraz bardziej się boję. Zmęczona i chyba załamana zasypiam.
~Marzec~
Mój brzuch jest nie widoczny. To trzeci miesiąc, ale nawet nie muszę tego ukrywać. Nic nie widać. To dobrze. Nie gadają na uczelni. Tak, dalej na nią chodzę. Dałam radę. Mdłości przeszły. Studiuję i pracuję, a w każdej wolnej chwili śpię. Przyzwyczajam się do myśli, że zostanę mamą. Będę musiała wychować maleństwo. Postaram się zrobić to jak najlepiej umiem...W końcu ono nie jest niczemu winne. Wychodzę z kawiarni jako ostatnia. Zamykam dokładnie lokal i chowam klucze do torebki. Robi się coraz cieplej, ale jednak nie rezygnuję jeszcze z kurtki i szalika. Teraz nie mogę chorować. To źle wpłynie na dziecko. Idąc w stronę domu, mam wrażenie ze ktoś za mną idzie. Obejmuję się ramionami i nieznacznie przyspieszam. Wiem że to pewnie moja wyobraźnia płata mi figle.
Dlaczego ktoś miałby mnie śledzić? To na pewno złudzenie. Bezpiecznie dochodzę do klatki. W środku sprawdzam skrzynkę pocztową. Och, mam jeden list oprócz rachunków. Biorę wszystko i ruszam schodami na górę. Dojście tam jest teraz dla mnie prawdziwym wyzwaniem.
Szybko się męczę. A co będzie gdy mój brzuch będzie większy ? Ta kamienica nie ma windy co stanowi dla mnie duży kłopot. W kuchni przy stole sprawdzam pocztę którą wyciągnęłam. Światło. Gaz. Woda. Dobrze. To później. Biorę list zaadresowany do mnie.
"Amelio, nie chciałem cię skrzywdzić. Sam los krzywdzi mnie co chwila. Nie wiem dlaczego znów ci o sobie przypominam. Obiecuję, że to ostatni raz. Czasami widzę cie na spacerze. Chodzisz alejki taka zamyślona. Chyba nie jest ci łatwo. Jednak myślę, że stawiasz czoło wszystkim problemom. Jesteś silna i samowystarczalna. Wiedziałem to od momentu, kiedy spojrzałem w twoje zielone oczy. Byłaś najlepszym co mnie w życiu spotkało. Chociaż to wszystko trwało jedynie tydzień. Najpiękniejszy tydzień. Chciałem...Nie wiem co chciałem. Przepraszam. Louis. "
Moje oczy otwierają się szerzej. Szukam jakiegoś adresu, numeru. Czegokolwiek. Na kartkę papieru zaczynają kapać łzy. Nie wiem co czuję. Mam mieszane uczucia. On był, tylko ja nie widziałam. Jestem za to na siebie wściekła. Dlaczego mnie nie Zatrzymał? Wiem dlaczego. Nie chciał żebym go zobaczyła. Dlaczego on myśli, że byłby problemem? Nie byłby. Dalibyśmy sobie radę. Siadam na łóżko i próbuję się uspokoić. Nie mogę płakać. Dziecko to wyczuwa. Chowam twarz w dłoniach i próbuję brać głębokie oddechy.
~Kwiecień~
Chodzę jak duch. Jak robot zakodowany na każdy dzień. Nic więcej. Praca, szkoła, dom. Właśnie wychodzę z uczelni. Jess coś do mnie mówi, lecz nie słucham. Nie to, że mnie nie obchodzi, po prostu nie jestem w stanie. Moje myśli krążą w okół dziecka. Czasem braknie mi pieniędzy. Rodzice już nie przysyłają. A ubrania muszę kupować. Jest cieplej, jednak śnieg jeszcze topnieje. Mam już trochę rzeczy jak butelki czy śpioszki. Gdy maluch się urodzi nie dam rady kupić wszystkiego na raz. Muszę przygotowywać się stopniowo. Wszystko po kolei. Nie wiem gdzie zmieści mi się łóżeczko. Może obok szafy. Wyrzucę biurko. Postanowiłam nie myślec " jak dam sobie radę". Ja muszę dać sobie radę. Wszystko robię powoli. Każdy wydatek dobrze przemyślam. Oszczędzam. Kupuję na okazję. Ale nie coś co może się zaraz zepsuć. 
- Słuchasz mnie? - Jess szturcha moje ramię.
- Przepraszam co mówiłaś? - patrze na nią.
Wzdycha i kręci głową.
- Co się z tobą ostatnio dzieje? Chodzisz z głową w chmurach. Zakochałaś się?
- Ktoś zdecydowanie zajmuje mi głowę.
Już nie odpowiada. Zerkam na zegarek. Mam dziś wizytę u lekarza.
- Musze iść - żegnam się z dziewczyną i odchodzę. 
Mam nadzieję, że zdążę na autobus. Wtedy będę szybciej. Och, mam szczęście. Pośpiesznie wsiadam do pojazdu czekającego na przystanku. Jest tłok. Robi mi się duszno. Zamykam oczy i staram się uspokoić. Boże jak tu gorąco. Uderza we mnie zapach papierosów, potu, perfum. Wszystko się miesza. I ta mieszanka jest obrzydliwa. Krzywię się.
- Niech pani usiądzie - słyszę obok siebie.
Chłopak w bluzie ustępuje mi miejsca. Brzucha wciąż nie widać. Może jest po prostu miły dla kobiet.
- Dziękuję.. - mój głos jest równie słaby co moje samopoczucie teraz.
- Dobrze się pani czuje?
Przeczę głową. Nie mogę unosić się dumą i udawać że jest w porządku jeżeli tak nie jest. Pomaga mi usiąść. Posłusznie zajmuję miejsce, a autobus gwałtownie hamuje.
- Idiota! Chuligan jeden! - krzyczy kobieta obok mnie patrząc przez okno.
Jakiś chłopak biegnie chodnikiem, prawie potykając się o własne nogi.
Dostrzegam bluzę Erica. O boże Louis. Zrywam się i Wciskam guzik otwierający drzwi. Wybiegam, ale muszę podeprzeć się o słup obok.
- Louis!
Jest mi słabo. Biorę głęboki oddech. Chłopak zatrzymuje się, ale nie odwraca. Po chwili znów zaczyna biec.
Untitled- Lou.. - opieram się o słup. Nie mam siły.
Nie mogę zemdleć. Zamykam oczy. Lekarz. Mam wizytę. Musze iść na wizytę. Siadam na pobliskiej ławce. Na pewno mnie usłyszał. To nie ma sensu. Ale wiem, że żyje. Jakoś funkcjonuje. Jest nie daleko. Wstaje i próbuje się skupić. Jak daleko mam jeszcze do gabinetu. Zaraz powinnam tam być. Idę powoli. Z czasem przyśpieszam. W poczekalni oddycham bardzo szybko. Przede mną jest jeszcze dwie kobiety,ale gdy doktor jest wolny pozwalają mi wejść widząc mój stan. Jest tylko jeden problem. Nie dam rady wstać.
- Co się dzieje? - pyta mężczyzna, podchodząc do mnie.
- Boli.. - odchylam głowę i trzymam się za brzuch.
- To przez nerwy. Dziecko to odczuwa - kuca przy mnie. - Niech pani spokojnie oddycha, panno Grey.
Staram się głęboko oddychać, ale słabo mi to wychodzi. Lekarz pomaga mi wstać. Prowadzi mnie do gabinetu.
- Niech pan coś zrobi..- mówię przez łzy.
- Usiądź Amelio. Oddychaj. Nie chcesz poronić.
- Co?! Nie, proszę..
Podaje mi kubek wody. Wypijam cały i zamykam oczy. Powoli zapada we mnie spokój. Lekarz rozpoczyna badanie.
- Chcesz znać płeć? - pyta, jeżdżąc urządzeniem po żelu na moim brzuchu.
- Tak - patrzę na monitor.
- To będzie dziewczynka. Śpi teraz. Spójrz - pokazuje ekran.
Uśmiecham się. To świetne uczucie. Będę mieć córeczkę. Będzie małą księżniczką. Musze o nią dbać. Czuje jakąś nową energię.  Dla niej dam radę.

wtorek, 23 grudnia 2014

Rozdział 2

W niedziele nie mam pracy, ani zajęć. Wolne, a więc czas na naukę. Niestety studia wymagały ode mnie ciężkich przygotowań. W zasadzie lubię się uczyć, ale to wycieńcza mój organizm. Zwłaszcza, gdy tak dużo pracuję. 
Jem chrupki kukurydziane, próbując opanować nowy materiał. Jest coraz trudniej i więcej do nauczenia. Przeglądam kolejny zeszyt z notatkami, skanując wzrokiem bazgroły. Na wykładach muszę bardzo szybko pisać, bo nauczyciele nie dają ulg. Idą z tematami jak chcą. 
W tym samym czasie, Louis którego nie miałam sumienia wyrzucać, bo naprawdę jest zimno, zmywa naczynia i sprząta moje mieszkanie. To jest bardzo kochane. Chociaż chciałam mu przerwać, nie pozwolił na to. Uznał, że czuje potrzebę odpłacenia się. Nie miałam czasu na kłótnię. Kiwnęłam tylko głową i wróciłam do nauki, a on do sprzątania.
Obojgu nam schodzi do późnego wieczora. W końcu siada obok i podaje mi ciepłą herbatę. Próbuje się odwdzięczyć jak może.
— Dzięki. — W jego drugiej dłoni dostrzegam drugi kubek, na co się uśmiecham.
— Ciągle mi dziękujesz, a przecież nie ma za co — zauważa. — Nic nie robię. To ja ci dziękuję, że mi pomagasz. To dla mnie wiele. Możesz... opowiedzieć mi trochę o sobie, Amy? — pyta i podchodzi do kaloryfera, który podkręca.
Widzi, że trochę się kulę, więc bierze koc i mnie okrywa.
— Mam 21 lat — zaczynam. Nie widzę nic złego w tym, by mu powiedzieć podstawowe rzeczy. — Jestem z Londynu, a w Paryżu studiuje filologię angielską od roku. Mam starszego brata, Erica. Lubię czytać i lubię swoją pracę w kawiarni. Staram się być kreatywna i pomysłowa, co wychodzi mi w jakiś 70%.
Zerkam na chłopaka, a on kiwa głową, uśmiechając się. Przez chwilę panuję cisza. Widzę jak mruży oczy, zastanawiając się nad czymś.
— Dlaczego Paryż? — ponownie się odzywa.
— Bo wydawał się nieosiągalny — odpowiadam, oplatując rękoma gorący kubek.
—A jaki jest w praktyce? — Przekrzywia głowę, bacznie mi się przyglądając. Mam wręcz wrażenie, że niebieskie tęczówki dokładnie skanują każdy fragment mnie.
— Jest dla ludzi — śmieję się cicho.
Louis zajmuje miejsce obok mnie i uśmiecha się delikatnie. Pijemy herbatę w ciszy, dopóki nasze kubki nie są do połowy puste.
— A to co studiujesz, to jest co o czym marzyłaś? — pyta.
— Chyba... — mruczę.
— Coś jeszcze chcesz powiedzieć? 
— Nie jestem raczej ciekawa. — Wzruszam ramionami.
Przysuwa się i mnie przytula.
— Ja również nie jestem — odpowiada cicho.
Podnoszę głowę i patrzę w błękitne, spokojne oczy bruneta. Potem mój wzrok pada na jego wargi. Mam ochotę go pocałować. Nie umiem odsunąć tej chęci. Powoli odstawiam kubek i przysuwam się do chłopaka. Louis wyczuwa to, co chcę zrobić. Delikatnie się pochyla. Nasze spojrzenia spotykają się, a usta łączą w pocałunku. Muska moje wargi ostrożnie i niepewnie. Kładę rękę na jego karku, dając mu pozwolenie na więcej. Przyciąga mnie bliżej i pocałunki stają się zachłanne. Oddaję je, a mój oddech i serce przyśpiesza. Nie jestem w stanie myśleć. Jego usta. Moje usta. Nasze pocałunki. Ta chwila.
Przechylam się na materac, a Lou nachyla się nade mną. Opiera ręce po obu stronach mojej głowy, patrząc mi w oczy. Nie odzywam się. Jedynie przejeżdżam palcami po policzku bruneta. Przymyka powieki i wtula go w moją dłoń. Podnoszę się i znów napieram na jego usta. On z chęcią oddaje pocałunki.  Oboje wiemy czego chcemy. Ja pragnę jego, a on mnie. Nie potrzebujemy zbędnych słów. Czuję jak palce Louisa wślizgują się pod moją koszulę. Dotyka ręko biodra, a potem przesuwa ją po żebrach. Ściska pierś w czarnym staniku. Wzdycham w jego usta. Siadam, a on rozpina czerwony materiał i ściąga go z moich ramion. Odsuwa się, aby składać pocałunki na mojej szyi i obojczyku. Odchylam głowę do tyłu i zamykam oczy. Jest mi tak dobrze. Znów opadam na łóżko. Louis schodzi ustami coraz niżej. Całuje mój brzuch. Przechodzą mnie chłodne dreszcze, chociaż atmosfera robi się coraz bardziej gorąca. W mieszkaniu pali się jedynie lampka, przy której się uczyłam. Półcień pada na nasze spragnione ciała. Lou rozpina moje jeansy i zsuwa je z moich nóg. Zostaję w bieliźnie i skarpetkach. Ich również się pozbywa, całując moje kolano oraz uda. Mruczę coś niezrozumiałego. Jego oczy, w które patrzę, mówią mi wszystko. Jesteś piękna. I dzisiaj jestem w stanie w to uwierzyć. Odgarnia moje blond kosmyki z policzka i znów muska moje usta. Podciągam rękoma białą koszulkę bruneta i ściągam ją z niego. Na jego ciele dostrzegam dwa tatuaże. Jeden jest na klatce piersiowej. Angielski napis. Za to drugi jest na ramieniu. Free - wolność. Przejeżdżam po jego konturach i je całuję.
Chłopak się podnosi. Rozpina spodnie i je zdejmuje. Po chwili jest obok mnie, błądząc rękoma po moim ciele. Zamykam oczy i wtulam się w jego szyję, gdy on całuje moją. To powolne, krótkie pocałunki. Dotyk warg Louisa, sprawia mi nie opisaną przyjemność. Nie przerwę tego. Chcę coraz więcej. Mężczyzna wsuwa rękę do moich bawełnianych majtek. Palcami muska rozpaloną kobiecość. Raptownie unoszę biodra i dociskam ją do jego dłoni. O tak...Wzdycham cicho, a on pozbywa mnie bielizny. Pochyla się i całuje wewnętrzną stronę moich ud. Odchodzę od zmysłów. Zaciskam palce na kołdrze. Louis nachyla się nade mną i rozpina stanik, który został jako ostatni. Nie wstydzę się, gdy na mnie patrzy. Podziwiając mnie, zamyka pierś w swojej dłoni. Otwieram usta i jęczę. Och, idealnie. Jestem niecierpliwa. Chcę poczuć jego w sobie. Przyjąć w ciepłym wnętrzu.
Tym razem to ja wpijam się w jego usta i przejeżdżam ręką po torsie bruneta. Docieram do bokserek. Z jego pomocą, zsuwam je. Nadzy tarzamy się na białej pościeli mojego skrzypiącego łóżka. Materac ugina się pod naszym ciężarem. Louis wypycha biodra, a ja z jękiem przyjmuję go w sobie. Ciała łączą się jak dwa kawałki puzzli. Ciągnę za jego włosy i oddycham przez usta. Za oknem panuje śnieżyca, a tutaj gorąca noc, która zostanie w pamięci.
Opadam na poduszkę i biorę głęboki oddech. Louis całuje każdy fragment mojego ciała. Napawam się jego bliskością. Moje włosy na pościeli rozkładają się niczym wachlarz. Chłopak wraca do mnie. Pochyla się, głaszcząc dłonią mój policzek. Oplatam rękoma jego kark, a biodra nogami. Nie wiem, gdzie zaczyna się on, a kończę ja. Jesteśmy jednością przez kolejne godziny. Czas płynie, nie zważamy na to. Mój oddech, plączę się z jego, a krzyk odbija o ściany, gdy kolejny raz osiągam szczyt rozkoszy. Zamknięta w jego ramionach, zasypiam nie chcąc wracać do rzeczywistości.
~Louis~
Tumblr - Tumblr's Photos | Facebook
Otwieram oczy i mrugam. Przecieram twarz ręką. Dostrzegam Amelię wtuloną w moje ciało. Ulokowała się dosłownie pod ramieniem. Jej jasne włosy są potargane, a dziewczyna jest tak spokojnie pogrążona we śnie. Wygląda jak anioł. Przejeżdżam palcami po jej plecach. Nigdy nie czułem się tak dobrze. Nie wiedziałem co mam wczoraj robić. To chwila mnie poprowadziła. Nie byłem tak blisko z żadną kobietą. Odebrałem jej dziewictwo. Chciała tego. To był nasz pierwszy raz. Jej i mój. Ale nie mogę tu zostać. Nie może mieć ze mną nic wspólnego. Jestem nikim. Czas tego nie zmieni. Nie zasługuję na nią, na dobro. Wrócę na ulicę. Zniknę z poukładanego życia tej dziewczyny. Pięknej dziewczyny. Anioł leżący na zniszczonym łóżku w starym mieszkaniu paryskiej kamienicy. 
Całuję jej ramię i ostrożnie wstaję. Upewniam się, że śpi. Mruczy coś i delikatnie się przekręca. Sięgam po swoje ubranie i zaczynam się ubierać. Krzywię się, gdy dotykam siniaka. Niedługo pojawiają się następne. Ale taki jest mój los. Na niego nie ma rady. 
Kucam i dotykam policzka Amelii. Pochylam się, aby ostatni raz ją pocałować.
- Śpij piękna, nie daj się skrzywdzić. Jesteś silna - szepczę i powstrzymuję łzy.
Dlaczego to dla mnie takie ciężkie? Rozstaję się z dziewczyną, z którą spędziłem tydzień. Tydzień, w którym czułem się szczęśliwy. Uwierzyłem w radość z życia. Ale teraz czas wrócić do teraźniejszości. Sięgam po jej notes i biorę pióro. Zapisuję krótką notatkę.
" Dziękuję, Amelio. Nie myśl o mnie źle. Nie chcę być niczyim ciężarem w życiu. Pamiętaj. Idź przez życie z uniesioną głową i nie poddawaj się. Louis"
Później opuszczam mieszkanie. Dźwięk zamykanych drzwi upewnia mnie, że naprawdę to zrobiłem.

czwartek, 18 grudnia 2014

Rozdział 1

Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu
Ostrożnie stawiam filiżankę na drewnianym stoliku przy którym siedzi młoda para. Uśmiecham się i wracam za ladę. Zerkam na drzwi wejściowe kawiarni. Nikt nie wchodzi. O tej porze ludzie przychodzą nieregularnie. Przeważnie są od ósmej do jedenastej. Później różnie. Miejsce, w którym pracuję znajduje się przy ruchliwej ulicy Sorento 12. Najwięcej tutaj artystów. Często przychodzą i siadają pod oknem, pisząc nowe teksty lub komponując melodie. Za to głównie Lubie tą pracę. Mam przez to styczność z wieloma ciekawymi charakterami.
Rzadko kiedy ktoś tu jest nie mili. Ludzie są życzliwi. Rozmawiają, uśmiechają się Paryż to miasto miłości. Podobno. Jednakże ja jeszcze jej nie spotkałam. Jedynie widziałam zakochane w sobie osoby, które wydawały się nie widzieć świata poza sobą. To mnie cieszy. Widzieć, kiedy ludzie są zdolni oddać za siebie życie. Moja praca pozwala mi obserwować innych. Ich zachowania, zajęcia. Lubię to robić. Wiele rzeczy zostają w pamięci. Stoję za ladą i szykuje zamówione przed chwilą kawy.
Przez kilka miesięcy nauczyłam się samodzielności. Musiałam stanąć na nogi. W końcu byłam dorosła i trzeba było to udowodnić. Znalazłam małe mieszkanie. Loft w starej kamienicy. Malutkie mieszkanie, które wynajmuję starcza mi całkowicie. Nie mam wiele rzeczy. Szafa nie jest pełna. Więcej miejsca zajmują książki i notatki z uczelni. No tak. Studiuję filologię angielską.
Rodzice również mi pomagają. Co miesiąc dostaje od nich trochę pieniędzy co nie ukrywam bardzo ułatwia mi codzienne funkcjonowanie.
Mam małą wypłatę. To znaczy...Nie braknie mi, ale nie będę się sprzeczala kiedy mogę dostać więcej. A moi rodzice są dobrze usytuowani. Nie narzekają. Kręcę głową i wracam myślami do pracy. Stawiam na tacy dwie filiżanki czarnej kawy oraz ciasteczka.
Poprawiam wysoko zawiązanego kucyka i idę z zamówieniem między stoliki.
- Dziękujemy - odpowiada starsza kobieta. Uśmiecham się i wracam. Lokal urządzony jest staromodnie. Z klimatem.
Ściany pokrywa bordowa tapeta z wzorkiem, a podłoga to czerwony dywan na dębowych panelach. Meble również są z ciemnego drewna. Moim zdaniem jest tu przytulnie.
Zajmuję się czyszczeniem stolików. Kończę zmianę za dwie godziny. Nie spieszy mi się do domu. Sesja jeszcze daleko, a ja zbytnio nie mam do czego wracać. Mam siedzieć sama w mieszkaniu? Nie chcę. Najwyżej trochę pospaceruję. Pozwiedzam to piękne miasto, w którym niedługo mieszkam.
O dwudziestej idę na zaplecze i przebieram się z stroju roboczego. Składam czarną sukienkę z kołnierzykiem i biały fartuszek. Odkładam to na swoją półkę. W swoich ubraniach, czyli jeansach i flanelowej koszuli, wychodzę z pomieszczenia obierając zimową kurtkę. Mijając starą fontannę zakładam szalik. Chowam ręce do kieszeni i idę przez słabo oświetlony park.
Znam drogę na pamięć. Uczelnia na którą uczęszczam, nie jest daleko. Mój dom również. Kupuję po drodze jakieś już nie za świeże drożdżówki i jem jedną z nich. Jestem głodna. Mam w pracy przerwę obiadową, ale rzadko z niej korzystam. Nie chcę marnować czasu. Wolę wykazać chęci i nie zostać zwolniona. Dla szefa jestem idealna. Nie palę, nie mam dzieci, męża. Nie jestem ograniczona. Na razie. Idę trochę szybciej. Wystraszona zatrzymuję się, gdy chłopak idący z naprzeciwka upada niedaleko.
Szybko do niego podchodzę i kucam.
- Proszę pana? - nie wygląda dobrze.
Skulony w za dużej bluzie leży i trzęsie się z zimna. Widzę na jego policzku zadrapania, a pod okiem siniaka. Knykcie są pościerane.
- Słyszy mnie pan? Proszę powiedzieć co się dzieje.. - niepewnie dotykam jego ramienia.
- Słyszę - odpowiada mi cichy i zduszony głos.
- Zadzwonić po pogotowie? - marszczę brwi i ściągam z szyi szalik, a następnie owijam go wokół karku bruneta.
Kręci głową i mocno zamyka oczy. Widać, że wszystko go boli. Przy najmniejszym ruchu.
- Co się stało?
- Po prostu...Nie mam siły. Dziękuję proszę pani.
- Więc jak mogę pomóc? Nie zostawię tak pana. Jest zimno i ciemno.
- Mogę wody? - pyta po chwili. Próbuje się podnieść.
- Tak...ymm.. mieszkam niedaleko. Nie ma pan nic przeciwko żebym tam pana zabrała.
- Nie chcę przeszkadzać. Nie powinienem - odpowiada skołowany.
- Więc Odprowadzę pana do domu.
- Nie ma..nie mieszkam w tej okolicy. Nie wiem, gdzie jestem - spuszcza głowę i pociera ręką kark.
- Więc nie ma pan wyjścia - Pomagam mu wstać i powoli prowadzę do siebie.
Opiera się na mnie, ale nie jest ciężki. Jestem zaskoczona. On w ogóle jada?
W mieszkaniu sadzam go na łóżku. Nie wiem dlaczego mu pomagam. Miałabym nie czyste sumienie. Widzę, że nic mi nie zrobi. Nawet nie ma jak. Jest pobity. W świetle widzę bruneta, wychudzonego i zmęczonego.
Nie musi mówić. Nie trudno zgadnąć że po prostu nic nie ma. Nie wiem dlaczego, ale intuicja mówi mi że los niesłusznie go skrzywdził. Szkoda mi takich ludzi. Jedni mogą mieć dobrze, zapewnianą przyszłości, a drudzy mogą mieć nic.   
Jak ten chłopak. Zostawiam go na moment i idę po apteczkę. Stawiam wodę na herbatę i wracam do sypialni. Podaje brunetowi dwie pozostałe drożdżówki i siadam na krześle przy biurku.
Chłopak odgarnia grzywkę z czoła i patrzy na mnie niebieskimi, wdzięcznymi oczami.
- Dziękuję.
- Jestem Amelia. - posyłam mu delikatny uśmiech.
- Piękne imię - mówi i je. Po chwili znów się odzywa. - Jak i piękna dziewczyna. Ale nie jesteś z Francji.
- Nie. Studiuje tu. Może weźmiesz prysznic? Mam tu kilka ciuchów brata. Powinny pasować.
- Jeśli to nie problem - odstawia pusty kubek na szafkę obok wąskiego łóżka. - Jestem Louis.
- proszę - podaje mu ciuchy.
- A gdzie masz łazienkę? - patrzy na mnie niepewnie.
- Pierwsze drzwi na lewo. - znika za ścianą,a ja czekam z apteczką.
Rozglądam się po niedużym pokoju. Nie ma bałaganu. Jest względnie czysto. Stare łóżko stoi przy szafie pod antresolom. Laptop wraz z książkami spoczywa na ławie. W małej kuchni, którą nawet stad widzę, stoi stół przy którym jadam. Nie jest za duży. Na antresoli znajduje się wersalka. Nie wiem jak ją ktoś tam wniósł. Po prostu była. Mój brat tam śpi, gdy przyjeżdża. A rzadko to robi. Mieszka w Nowym Yorku.
Nowo poznany chłopak zjadł i wypił prawie litr herbaty, a to najważniejsze. Pozwolę mu zostać. Jest zimno, a u mnie jest na tyle miejsca.
Nie chcę go wypuszczać na dwór, gdzie znów go ktoś napadnie. Ja nie mam nic drogocennego. Poza tym ludziom trzeba ufać.
Wraca do sypialni w czystych ciuchach i z mokrymi włosami.
- Twój brat musi być umięśniony - mówi. Nie widać już krwi na twarzy. Jedynie rozciętą wargę i te siniaki.
- Jest bokserem - wyjaśniam pokazując żeby usiadł na brzegu łóżka.
- To wszystko tłumaczy - Louis ostrożnie odkłada swoje rzeczy na krzesło i podchodzi bliżej. - Dlaczego mi pomagasz, Amelio? - pyta cicho i spokojnie. Chyba jest tym zażenowany. Jak większość facetów myśli, że to on musi bronić kobiet.
- Bo wydajesz się miły, przyjazny. Bo lubię z kimś porozmawiać,  bo zostałeś pobity i zdecydowanie nie zasługujesz na to co cię spotkało. No i kuchenka mi się zepsuła - kończę ze śmiechem.
Nie czekając na jego odpowiedź zajmuje się ranami bruneta. Najpierw twarz, a potem ręce i tors. Jest chudy ale umięśniony. Po na prawdę długich sporach przekonuje go żeby położył się w moim łóżku i odpoczął. Tam zasypia.
Czy to co robię jest normalne i odpowiedzialne? Zdecydowanie nie, ale coś w jego oczach nie pozwala mi zrobić nic innego. Wkładam słuchawki do uszu i zasypiam zawinięta w kłębek na fotelu.
Budzę się w ciepłym łóżku okryta kołdrą i kocem. Otwieram oczy i przez okno widzę jak śnieg tańczy na wietrze. Mróz rysuje wzory na szybach. Delikatnie się przeciągam. Gdzie jest Louis? Słyszę brzdęk i siadam. Chłopak siedzi na płytkach w kuchni i rzeczywiście wziął się za naprawę.
- Cześć.. - uśmiecham się sama nie wiem czego i siadam na blacie trochę na lewo od mężczyzny.
- Cześć - odpowiada Louis i podnosi się. - Chyba naprawiona.
- Dziękuję. Na prawdę. Pasuje Ci jajecznica? - podchodzę do lodówki.
- Kolacja ze śniadaniem? - słyszę jak się śmieje. - Nie pogardzę. Masz leki przeciwbólowe, Amelio?
- Powinny być w szafce na górze. Sprawdź - biorę się za robienie śniadania. Dobrze że dzisiaj sobota.
O czternastej mam zajęcia na uczelni. Może sobie trochę powtórzę.
- Smacznego - siadamy do stołu i jemy. - Będę musiała później wyjść, ale czuj się jak u siebie.
- Chyba powinienem już iść. To jest nadwyrężanie gościnności.
- Dam ci znać jeżeli tak będzie.
Kiwa głową i uśmiecha się. Odwzajemniam to. Wygląda trochę lepiej. Jest wypoczęty i nie taki blady.
Pilnuję go cały czas, żeby dużo pił. To bardzo ważne i musi o tym pamiętać. Wychodzę na zajęcia zostawiając Louisa z gotowym do zjedzenia obiadem. Idę pośpiesznie na uczelnie. Śnieg pada, zasypując chodniki. Auta jeżdżą wolniej przez chłodną nawierzchnię.
Nie dość że jest zimno to jak będę wracać do domu to będzie już ciemno pokojowe wczesnej pory. Nie lubię tego. Bardzo tego nie lubię. Czasami boję się wracać. Nie wiadomo kto może stać za rogiem.  Przede mną pięć godzin zajęć. Mam nadzieje że nie będzie się dłużyło. Może po drodze powinnam zrobić jakieś zakupy. Nie mam za dużo w lodówce. Hm, coś wymyślę. Przyśpieszam i wchodzę do ogromnego budynku. Rozbieram się z kurtki i szalika, idąc w stronę szatni. Trącam innych studentów, którzy i tak nie zwracają na mnie uwagi.
Zostawiam rzeczy i kieruję się do auli, gdzie mam pierwszy wykład. Siadam z tyłu obok Jessici. Koleżanka z roku, z którą złapałam dobry kontakt. Może nie przyjaźnimy się, ale dobrze jest czasem z kimś wyjść. Przez jej opowieści czas mi szybko mija. Nawet idąc już do wyjścia, blondynka wesoło opowiadania o kolejnym chłopaku który jej się podoba. Jest ich pełno. Sama pewnie nie pamięta imion.
 Żegnam się z nią i wychodzę. Jak zawsze zakładam szalik w biegu. Nigdy nie robię tego w środku. Mam wrażenie, że się uduszę. Dziwne ale tak mam. Pocieram dłonie o siebie i chucham na nie ciepłym oddechem. Jest mi tak strasznie zimno. Jedyne o czym marzę to to, aby znaleźć się już w domu. Moje policzki są czerwone od mrozu. Nos zapewne też.  Wstępuję do małego sklepiku i kupuje dosyć sporo rzeczy. Z statkami do domu mam już niedaleko.
Szybkim krokiem pokonuję schody na samą górę kamienicy. Stawiam reklamówki przy nogach i szukam kluczy. Od razu otwieram drzwi. W progu potykam się, ale jestem uratowana przez Louisa.
- Dziękuję - oddycham z ulgą. Bliskie spotkanie z podłogą nie należy do listy rzeczy które koniecznie chce zrobić przed 30.

Mam kruche kości. Zapewne skończyłoby się to urazem. Louis się do mnie uśmiecha i zabiera zakupy. Rozpinam kurtkę i odwieszam ją na wieszak.

niedziela, 26 października 2014

Prolog

Oboje byliśmy młodzi, gdy ujrzałam cię po raz pierwszy
Zamykam oczy i widzę to raz jeszcze
Stoję na balkonie owiana letnim powietrzem
Widzę światła, widzę przyjęcie, balowe suknie
Widzę, jak przedzierasz się przez tłum
I mówisz cześć
Trochę już wiedziałam
Że byłeś Romeem, rzucałeś kamykami
A mój tata powiedział: "Trzymaj się z dala od Julii"
I płakałam na schodach
Błagając cię: "Proszę, nie odchodź"
I powiedziałam: 
Romeo, zabierz mnie gdzieś, gdzie będziemy sami
Będę czekać, pozostało nam jedynie uciec
Będziesz księciem, a ja księżniczką
To historia miłosna, kochanie, po prostu powiedz "tak"
Budzę się, rozciągam się
Zastanawiam się co robisz właśnie teraz
Znowu spałam w moim makijażu
Mówię sobie że muszę być szalona
Myślę o nim
Sama znalazłam coś przyzwoitego do założenia
Okręcam ręcznik wokół włosów
Tamtym razem, wołałeś mnie
Przypominam sobie
Bez ciebie będę…
Tak się cieszę, że znalazłeś czas, by się ze mną zobaczyć
Co słychać? Opowiedz mi, co u twojej rodziny?
Nie widziałam ich już jakiś czas
U Ciebie wszystko w porządku, jesteś bardziej zajęty niż kiedykolwiek
Rozmawiamy o nieistotnych rzeczach, pracy i pogodzie
Zachowujesz rezerwę, a ja wiem dlaczego
Bo wspomnienie naszego ostatniego spotkania
Jest wciąż żywe w Twojej głowie
Podarowałeś mi róże, a ja zostawiłam je tam, by zwiędły
Oto ja, chowam swoją dumę do kieszeni
Staję przed Tobą i mówię: "Przepraszam za tamtą noc"
I wracam myślami do grudnia cały czas
Okazuje się, że wolność oznacza jedynie tęsknotę za Tobą
Żałuję, że nie rozumiałam, co miałam, gdy byłeś mój
Wracam myślami do grudnia, zawracam
I sprawiam, że wszystko jest w porządku
Wracam myślami do grudnia cały czas
Lubię sposób, w jaki mnie pragnąłeś
Każdej nocy przez tak długo, kochanie
Lubię sposób, w jaki mnie potrzebowałeś
Za każdym razem gdy czasy stawały się trudniejsze
Wierzyłam w ciebie
Myliłam się? Naprawdę wierzysz
Naprawdę wierzysz w to, co mówisz?
Kiedy mówisz że nasza miłość mogłaby przetrwać na zawsze?
I w tym momencie uczucia wsiąkają
Nie chcę za tobą tak tęsknić
Wróć... bądź tu, wróć... bądź tu
Pewnie jesteś dziś w Nowym Jorku
Nie chcę tak cię potrzebować
Wróć... bądź tu, wróć... bądź tu
Delikatność zapoczątkowuje pośpiech
Uczucie, że możesz wiedzieć tak dużo
W rzeczywistości nie wiedząc nic
I teraz mogę to odsunąć na bok
Gdybym wiedziała to, co wiem teraz
Nigdy nie udawałabym takiej nonszalanckiej
Taksówki i przepełnione ulice,
To nigdy nie sprowadzi cię do mnie
I nic na to nie poradzę, ale chciałabym żebyś zabrał mnie ze sobą
Liczę dni i 
jestem cierpliwa
Małe rzeczy nazywane miłością
To wszystko przelatuje pomiędzy moimi palcami
pozwalając mojemu sercu trwać
Starając się uzyskać pomoc z góry
I nie chcę zapeszać mojego szczęścia
Dlatego zostawiłam to wszystko za sobą
I każdego dnia mam nadzieję
Że pewnego dnia mnie znajdziesz
Więc przysięgam z ręką na sercu, wierzę w ciebie
pukam w niemalowane drewno i zaklinam księżyc
Modlę się za ciebie i za mnie, i mam nadzieję że mam rację
I zakładam, że życzą nam dobrze
Nigdy nie wiesz czy czas pokaże
Więc przysięgam z ręką na sercu, wierzę w ciebie tej nocy, tej nocy
Chyba naprawdę to zrobiłeś tym razem
Zatraciłeś siebie na ścieżce wojennej
Straciłeś równowagę, stąpając po cienkiej linie
Postradałeś rozum, próbując ją odzyskać
Czyż nie było łatwiej za czasów, gdy nosiłeś lunch w pudełku?
Zawsze miałeś większe łóżko, do którego mogłeś się zakraść
Czyż nie było pięknie, gdy wierzyłeś we wszystko
I wszyscy wierzyli w ciebie?
Wszystko w porządku, po prostu poczekaj, a zrozumiesz
Twoje światło ciągle jest dla mnie jasne
Och, to, gdzie byłeś, nie definiuje tego, kim jesteś
Wciąż jesteś niewinny, wciąż jesteś niewinny

Rozdział 3

~Amelia~
Budzę się wypoczęta i zadowolona. Zaczyna do mnie docierać co się wczoraj stało. Uśmiecham się pod nosem....nie żałuję. Niema go w łóżku. Pewnie znowu robi śniadanie. Sięgam po szlafrok i go ubieram po czym idę szukać chłopaka. Jest śniadanie. Stoi na stole wraz zaparzoną kawą. Biorę kubek do rąk i rozglądam się.
- Louis? - siadam przy stole i biorę jedną z kanapek.
Nie słyszę odpowiedzi. Może wyszedł do sklepu. Opieram głowę na ręce i jem przygotowane śniadanie. Wiem że brunet potrzebuje tylko trochę ciepła i wsparcia żeby odbić się od dna. Ja chcę mu w tym pomóc. Ostatni tydzień uważam za naprawdę udany, a ostatnią noc za najlepszą w życiu. Nie będę jej żałować. Było mi tak dobrze. Mam nadzieję, że jemu też. Louis pewnie już jadł. Sprzątam więc po sobie i idę się ubrać. Wyjmuję z szafy rajstopy i sukienkę oraz świeżą bieliznę. Mam bardzo dobry humor. I to za jego sprawą. Biorę wszystko do łazienki. Wracam się jeszcze po czysty ręcznik i zauważam kartkę na szafce obok łóżka. Biorę ją do ręki i czytam. Siadam na łóżku, widząc pismo chłopaka i to co chciał mi przekazać. Odszedł. Czuję się źle. Nie wiem co dotknęło mnie bardziej. To że po nocy ze mną zniknął czy to że nie wiem co się z nim dzieje.
Zamykam oczy. Jemu było źle? Dlaczego mnie zostawił? Chciałam mu pomóc. Cały dzień przesiaduje w domu. Nic mi się nie chce. Straciłam kompletnie humor.
Nie mam na nic ochoty. Od śniadania nic nie jadłam. Zerkam na telefon. Raz byliśmy na spacerze. Zrobiliśmy sobie zdjęcie pod wieżą Eiffla. To był fajny dzień. Prawie cały dzień byliśmy Poza domem. Było zimno, ale nie przejmowaliśmy się. Udaliśmy się na ciepłą czekoladę, a potem na jeszcze dłuższy spacer. Przecieram twarz i jeszcze raz czytam te kilka słów z kartki. Każe mi się nie poddawać. Więc czemu on tak szybko zrezygnował...
~*~
Słabo się czuję. Od rana mnie mdli. Mam zawroty głowy i można powiedzieć, że ledwo stoję na nogach. Pewnie przeziębienie. Ale nie mam wyjścia. Teraz muszę pracować. Rozbiłam już dzisiaj trzy filiżanki i Ruby powiedziała że lepiej będzie jak zajmę się robieniem kawy. Wolałam jej posłuchać. Nie chciałam źle wypaść w oczach szefa. Naprawdę to jest zły dzień. Odkładam szybko kawę i biegnę do ubikacji. Jest mi niedobrze, gdy czuję zapach kofeiny. Nie wiem dlaczego. Powinnam być przyzwyczajona. Znowu wymiotuje. Łzy napływają mi do oczu przez okropne uczucie w gardle. Nie mam siły. Moje ciało jest wiotkie. Zwymiotowałam już śniadanie i wczorajszą kolację. Nic więcej nie mam. Przepłukuję usta i wracam do pracy. Próbuję zapamiętywać zamówienia składane przez klientów. Jednak nie jestem w stanie. Podchodzę do lady i nogi się pode mną uginają. Ostatnie co pamiętam to krzyk Ruby. Gdy podnoszę powieki uderza we mnie ostre światło. Szybko zamykam je z powrotem. Zemdlałam? Zapach i odgłosy wokół wskazują na to że znajduje się w szpitalu. Szumi mi w głowie. Nie umiem unieść ręki. Jestem taka zmęczona. Wycieńczona. I znów robi mi się nie dobrze. Nie wiem czy to na ten sterylny zapach czy po prostu coś innego. Najbardziej to chciałabym znowu odpłynąć i po obudzeniu czuć się dobrze. Powoli podnoszę powieki. Tak, jestem w szpitalu. Białe ściany i niewygodne łóżko. Zauważam kroplówkę podłączoną do mojej ręki. Na sali leżę sama. Podpieram się i próbuje usiąść. Udaje mi się po paru próbach.
Czuję się słaba. Co się ze mną dzieje? Chcę przywołać pielęgniarkę, ale drzwi otwierają się w tym momencie i do środka wchodzi młody mężczyzna. Wysoki blondyn z ufnym spojrzeniem.
- Dzień dobry panno Grey. Jestem doktor Campbell. Będę prowadził pani ciążę.
- Ciążę? Ja jestem w ciąży? - kompletne zaskoczenie. Nie mogę! To nie może być prawda. Jakaś pomyłka.
Patrzę na lekarza i nie wierzę w to co powiedział. Będę mieć dziecko? Ale jak to...
- Tak, proszę pani. Domyślam się, że pani nie wiedziała.
- Nie miałam pojęcia.. - szepczę.
- Mamy szósty tydzień. Ma pani przypadłość, która spotyka wiele kobiet w ciąży. Ciężko będzie pani to znosić. Wymioty, zawroty głowy. Osłabienie. Musi pani odpoczywać.
- Pracuje... i jeszcze studia - zaczynam panikować.
- No cóż, z czegoś trzeba będzie zrezygnować - kiwa głową. - Wypiszę panią jutro - dodaje i wychodzi.
O Boże. Noszę dziecko w sobie. Dziecko Louisa. Jak mogliśmy zapomnieć? Teraz zostałam bez niego w ciąży. Jak ja sobie poradzę? Sama. Praca? W takim stanie odpada. Nie dam rady. Więc jak w takim razie mam sobie poradzić? Utrzymać mieszkanie, siebie? Stolica miłości, a dla mnie problemów. Muszę powiedzieć rodzicom. Może oni mnie wspomogą.
Rzeczywiście tak jak powiedział lekarz wychodzę do domu następnego dnia. W pracy wzięłam wolne. Zresztą i tak by mnie odesłali. Szef się przestraszył. Pytał, czy wszystko w porządku. Powiedziałam, że tak. Miałam inne wyjście? Spróbuję pracować. Nie mogę stracić tej pracy. Muszę mieć na życie. Zrezygnuję ze studiów. Siedzę na kanapie i patrze się w jeden punkt na ścianie. Czekam aż mama zadzwoni. Zawsze robi to w czwartki wieczorem. Wszystko jej powiem. Rodzice są od tego, aby wspierać. Ona to zrobi, Pomoże mi. Kładę rękę na brzuchu. Dziecko. To taka poważna sprawa. Boję się cholernie. Nie jestem dojrzała. Mam być odpowiedzialna za drugą osobę. Nawet przez tę ciążę, nie żałuję...Ciekawe co by powiedział gdyby się dowiedział o dziecku. Nie dowiem się tego. Zapewne nigdy. Nie wiem też co z nim jest. Żyje? Poradził sobie? Nie miał nawet stałego miejsca zamieszkania. A może znów go ktoś pobił? Nagle czuję się jeszcze gorzej. Dlaczego do cholery ze mną nie został? Byłoby dobrze.. Zaciskam oczy. Kolejne łzy płyną po moim policzku. Potem to już histeria. Chodzę po mieszkaniu. Zrzucam wszystko po kolei.
Jestem bezsilna.